Jeśli regularnie zamawiacie boxy kosmetyczne, doskonale znacie to uczucie ekscytacji podczas otwierania nowego pudełka. W letniej edycji Pure Beauty „Green Glow” moje serce zabiło mocniej na widok marki, którą od dawna chciałam przetestować. Mowa o koreańskim brandzie SimplyO i ich kuracji proteinowej do włosów z serii Green Breeze (Protein Booster).
Czy ten produkt to brakujący element w Waszej równowadze PEH (Proteiny-Emolienty-Humektanty)? Jak sprawdził się na moich pasmach? Zapraszam na szczegółową recenzję!
SimplyO Protein Booster Hair Treatment to intensywnie odżywcza, wegańska kuracja dla włosów suchych, matowych i osłabionych. Formuła oparta na 16 rodzajach hydrolizowanych protein roślinnych i peptydów, które wspierają odbudowę włókna włosa i przywracają mu sprężystość oraz odporność na uszkodzenia.
SimplyO stawia na ekologię i minimalizm, co widać już na pierwszy rzut oka. Estetyczne, czyste opakowanie świetnie prezentuje się na półce w łazience. Choć w pudełkach Pure Beauty produkty z tej serii pojawiały się wymiennie, ja miałam to szczęście, że trafiłam właśnie na kurację proteinową.
Kosmetyk ma bardzo przyjemną, kremową, ale nie nazbyt maślaną konsystencję. Łatwo rozprowadza się na pasmach i nie spływa z nich podczas aplikacji. A zapach? Nazwa Green Breeze idealnie oddaje rzeczywistość. To niesamowicie odświeżający, lekki, wręcz „zielony” i ziołowo-świeży aromat, który zamienia zwykłe mycie głowy w relaksujący rytuał.
Zanim nałożyłam kurację na włosy, spojrzałam na skład i... zbierałam szczękę z podłogi. Często odżywki proteinowe opierają się na jednym lub dwóch składnikach. Tutaj mamy do czynienia z prawdziwym, zaawansowanym kompleksem:
Proteiny i Peptydy: Aż 16 rodzajów hydrolizowanych protein roślinnych oraz peptydów! Taka różnorodność cząsteczek gwarantuje, że produkt wnika głęboko w strukturę włosa, łatając mikrouszkodzenia, poprawiając elastyczność i pogrubiając pasma.
Humektanty: Kompleks kwasu hialuronowego oraz trehaloza, które dbają o to, by proteiny nie przesuszyły włosów (co czasem się zdarza przy czystych kuracjach proteinowych).
Emolienty: Masło Shea, ceramidy (Ceramide NP), olej arganowy, z pestek dyni, kamelii oraz oliwa z oliwek. Zabezpieczają one łuskę włosa i domykają w nim nawilżenie.
Co ważne – formuła jest w 100% wegańska i wolna od zbędnej chemii, co dla fanek świadomej pielęgnacji będzie ogromnym plusem.
Moje włosy bywają kapryśne – są z natury dość matowe, średnioporowate w stronę wysokoporowatych na końcach i często brakuje im objętości oraz tzw. "mięsistości".
Zgodnie z instrukcją, po umyciu szamponem i odsączeniu nadmiaru wody ręcznikiem, nałożyłam niewielką ilość kuracji na długość włosów, omijając skórę głowy. Zostawiłam ją na około 3 minuty i spłukałam letnią wodą.
Co uzyskałam?
Sypkość i blask: Włosy po wysuszeniu stały się niesamowicie gładkie i lśniące. Zyskały ten zdrowy, taflujący blask, o który tak trudno przy zniszczonych pasmach.
Odbudowa bez "puchu": Ponieważ w składzie oprócz protein mamy silną reprezentację emolientów i humektantów, włosy nie były sztywne ani przeproteinowane. Stały się mięsiste, sprężyste i pięknie odbijały światło.
Łatwe rozczesywanie: Szczotka dosłownie sunęła po pasmach bez żadnego oporu.
